Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T1.djvu/419

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W Polszcze opak oboje, bo złodziejów wieszą,
Zabójcy człeka płacą, że go już nie wskrzeszą.



Na toż trzeci raz.


Nie o pierwszy, o setny grzech chrześcijan gdyby,
Jako żydów, chciał karać Bóg bez wszelkiej chyby,
Poganomby, co gou znać, żydom, co mu wierzyć
Nie chcą, świat chrześcijański przyszło z sobą mierzyć.
Bo co pisze apostoł o żydach z pogany,
Że jednego przed Bogiem niemasz bez nagany,
To dziś o chrześcijanach bezpiecznie rzec może,
Że w sercu ich do szczętu zgasło prawo Boże.
Niemasz, ktoby go szukał, ktoby nie obrażał,
Ktoby w niem sprawiedliwość i dobroć uważał.
Zgłupieli, ba zeźleli wszyscy tak dalece,
Ciału na wszelką psotę wyrzuciwszy lece.
Grobowi gardło, język ich równy truciźnie
I serpentynie, którym zabijają bliźnie.
Przeklinając wszetecznie, fałszywą przysięgą
Lżą i samego Boga na niebie dosięgą.
Gore głowa pijaństwem, jako ogień z kuchnie,
Serce mordem, obłudą, zdradą, pychą puchnie.
Drżą ręce do wydzierstwa, drżą do pomsty nogi,
Bo niemasz nad pieniądze, a nad krew ostrogi.
Nie pojźrą w niebo śmiele cudzołożne oczy,
Póki ich śmierć ostatnią nocą nie zamroczy.
Czemuż śmiercią chrześcijan, żyjących plugawie,
Jako żydów, nie karze na gorącym prawie?
Bo z pod zabijającej litery człowieka
Do łaski przyjąć raczył; dla tego mu czeka.