Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T1.djvu/413

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Którym płoną na popiół dzieci moje starą
Za grzechy, ach za grzechy ojcowskie ofiarą.
Nie w Jeftego, w mój znoście pełne łez nalewki
Smutny dom na każdy rok, izraelskie dziewki!
Jednę córkę on, iszcząc to, co Bogu ślubieł;
Jam i córkę jedyną, i dwu synów zgubieł.



Nie ranoś wstał, nie będziesz miał.


Dzwonią, czas do kościoła; trąbią, — do obiadu.
Porwi się z grzechow — woła kaznodzieja — dziadu!
Dziś czas, dziś dzień zbawienny. Przetrzy ze snu czoła,
Nie odkładaj do jutra; po mszej do kościoła,
Na bankiet po obiedzie darmo się pobierać!
A kto wie, jeśli wieczór nie każą umierać.
Rano do manny żydzi wstawali na puszczy:
Kto omieszkał, nie jadł, bo słońcem się rozpluszczy.
Czuj się, czyń, co masz czynić. Zawsze, kto odkłada
Nawrócenie do Boga, już po czasie biada.
W potocznych tego sprawach doznawają ludzie,
Dziś idąc, jak po mydle, jutro, jak po grudzie;
Trzeciego dnia, choćby wprzągł wiatry miasto koni,
Co, mając w ręku, puścieł, nigdy nie dogoni.
Im dalej w las, więcej drew; im się głębiej krzewią,
Trudniej się wykorzenią, trudniej grzechy plewią.
Nie jednę intencyą dobrą śmierć z uboczy,
Jeśli ją kto zuchwale odkłada, zaskoczy.
I nie wiem, jeśli prawda, że daleko więcej,
Niż grzechów, w piekle dobrych wieszają intencyj.