Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T1.djvu/391

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stąd z poruszanej ziemie łakoma ochota,
Wziąwszy impet, znajduje wągle miasto złota.
Niejednego dziś taka nadzieja oszuka,
Kiedy rzeczy niepewnych z kosztem wielkiem szuka:
I Teofrastowego chcąc kamienia dostać,
Przyjdzie mu się z wioskami ojczystymi rozstać.
Prawieć nad inszych ludzi swym dowcipem zyskał:
Żebrząc na starość, za psy kamieniami ciskał.



Na toż drugi raz.


A któż nie widzi, że to dyabelska ponęta,
Który łakomą żądzą serca ludzkie pęta,
Kiedy we śnie pieniądzmi zdrajca zbałamuci,
Przywiódszy go do kosztu, węgla mu podrzuci?
Podaje na śmiech światu, że ten skarbu szukał,
Aż serce grzechem, ręce wąglami zabrukał.
Widząc przez sen górnika szlachcic na swej roli,
Choć nie potemu był czas, jął się kopać soli;
Zastawił wieś, przy jednej zostawszy chałupie,
Nadzieję wykupna jej w przyszłej mając żupie,
Aż miasto soli skała, aż woda zalewa;
Miasto bogactwa szlachcic o biedaszku śpiewa,
Umiera, i w tej ziemi, którą kopał, prochnie.
Synowie za kopaczów muszą iść do Bochnie.



Złotą wędą ryby łowić.


W tenże komput niech wszyscy policzeni będą,
Którzy omylne zyski złotą łowią wędą,
Na handle i na prawo substancyą łożą,
Potym, ostatnią wędę straciwszy, zubożą.