Strona:PL W klatce.djvu/393

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


aż wydarł się z nich długi, głośny i ostry śmiech obłąkania.
Ksiądz Stanisław wpatrzył się w nią i po chwili zawołał z najwyższém przerażeniem:
— Wielki Boże! ta kobieta dostała pomieszania zmysłów!
Odpowiedzią na te słowa jego był głuchy jęk kobiecy. Wszystkie oczy zwróciły się na Klotyldę, która stała oparta o słup, strasznie blada i drżąca konwulsyjnie.
Ksiądz Stanisław patrzył na nią przez chwilę w milczeniu; potém wyciągnął rękę i wskazując jéj martwe ciało Lucyana, wyrzekł z uniesieniem i goryczą:
— Igrałaś jak z cackami, z sercami ludzkiemi, aż jedno z nich pękło i krwią obryzgało białą sukienkę twoję!...
Klotylda zachwiała się i upadła zemdlona na ręce Cypryana, który przez tłumy przecisnął się do niéj.
— A! to ty! — krzyknęła, spostrzegając ją, matka Lucyana. — To ty, czarownico, coś mi syna urzekła!...
I wydarła się z rąk wstrzymującego ją księdza i, biegnąc za Klotyldą, którą narzeczony do powozu unosił, krzyczała:
— Ty zabiłaś mego syna, żmijo o złotych słowach! Tyś go oczarowała, a potém mu serce wy-