Strona:PL W klatce.djvu/377

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stare drzewa, śród téj ciszy głębokiéj, mimowoli człowiek poważnieje i myślą wznosi się nad błahe drobnostki naszego światowego, salonowego życia. Nie dziwię się, że to śliczne i poważne rodzinne miejsce twoje wykołysało ciebie, tak piękną i dobrą.
Ostatnie słowa wymówił ze wzruszeniem i ujął rękę narzeczonéj; ale po chwili wypuścił ją z dłoni i rzekł z niepokojem:
— Jaką zimną masz rękę, Klotyldo! Możeś bardzo chora?
— O nie! — odrzekła, przesuwając rękę po czole, jakby myśli czarne odpędzić chciała.
— Nie dziw się moim natrętnym może pytaniom — rzekł Cypryan — bo widzisz, każda oznaka jakiegokolwiek twego cierpienia niepokoi mię i martwi.
Klotylda milczała.
— Czy wiész, Klotyldo — mówił dalej Cypryan — że chwilami czuję się tak szczęśliwym, tak uzacnionym mojém głębokiém uczuciem dla ciebie, że pytam samego siebie: czém zasłużyłem na szczęście takie? Byłem zawsze zepsutém dzieckiem, motylem mnie zwano; dobre serce stanowiło całą zaletę moję. Dziś stanął przy mnie anioł i podniósł mię na wyżyny człowieczeństwa...
Klotylda ciągle milczała, nie odrywając wzroku od kobierca; Cypryan mówił daléj:
— Żeby to już prędzéj ten dzień stanowczy przyszedł, w którym oddasz się mnie bezwarunkowo i bez-