Strona:PL W klatce.djvu/376

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kolwiek potém płakać przestała; bo są rzeczy, których przez życie całe wypłakać nie można...
Klotylda długo stała, oparta o posąg, nieruchoma, a gdy podniosła głowę, Magdzi nie było już przy niéj.
— Pojadę tam dziś — rzekła z gestem rozpaczliwéj energii; — muszę go zobaczyć, bądź co bądź, choć raz jeszcze widziéć go będę...
Około południa, Klotylda siedziała we wschodnim gabinecie, ubrana tak zupełnie, jak gdy po-raz piérwszy przyjmowała w Jodłowéj Lucyana. Przy otwartych na ganek drzwiach siedział Cypryan, patrząc na nią, pół żartobliwym, pół rozkochanym wzrokiem.
Ma belle fiancée złe sny dziś miéć musiała, bo w tak posępnym humorze nigdym jéj jeszcze nie widział — rzekł, powstając i zbliżając się ku niéj.
Klotylda nic nie odpowiedziała; oczy jéj były spuszczone i utkwione w kobierzec, pokrywający posadzkę.
— Na seryo, Klotyldo — rzekł znowu Cypryan, siadając obok niéj — blada dziś jesteś i smutna. Nie mogę-ż wiedziéć powodu?
— Lekkie niezdrowie... — odpowiedziała z cicha.
— To niedobrze; ale jeżeli lekkie, mam nadzieję, że prędko przejdzie. Nie uwierzysz, Klotyldo, jak miłe wrażenie wywiera na mnie Jodłowa. Mało podobnie pięknych miejsc widziałem. Patrząc na te