Strona:PL W klatce.djvu/363

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po-za nim otworzyły się zcicha drzwi pokoju i nieśmiały głos kobiecy ozwał się:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
— Na wieki, amen — odpowiedział ksiądz, i odwróciwszy się, poznał stojącą w zmroku matkę Lucyana.
Gdy zbliżył się do niéj, przycisnęła milcząc do ust rękę księdza, który poczuł spływające na nią łzy.
— Co pani jest? czego płaczesz? — spytał troskliwie, prowadząc ją do kanapy.
— Księże Stanisławie — ozwała się kobieta, tłumiąc płacz z wysileniem — czy widzisz, co się dzieje z moim Lucyanem?
— Zmieniony jest i chory, ale nie należy rozpaczać: ufaj pani w Bogu...
— O tak, księże proboszczu! — przerwała Dolewska — ufam w miłosierdzie tego Boga, w którego całe życie wierzyłam gorąco. I jakiż-by On był ojciec ludzkości, gdyby się nie zlitował nad biedném sercem matki!?
— Wyroki Boże są niezbadane: należy z pokorą pochylać czoło przed niemi...
— O nie! — wybuchnęła matka — kiedy idzie o dziecko moje, ja z pokorą i poddaniem się nie mogę czekać na wyroki Bozkie. Gdyby pioruny Bożego gniewu na mnie samę spaść miały, w proch uderzyła-bym czołem i zawołała-bym: „niech się dzieje wola Twoja!” Ale, kiedy widzę moje dziecię jedyne, me-