Strona:PL W klatce.djvu/362

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pięknych drzew akacji, rzuconych po równym trawniku. Od bramy, otwierającéj nizki płot drewniany, ku gankowi, opartemu na czterech nizkich słupach, biegła wązka wydeptana ścieżka. Okna domu były otwarte, a pod niemi na kilku grządkach kwitły powoje i rezeda. Z za domu, po nad dachem, wznosiły się ciemnolistne, rozłożyste dęby, nadając surowe i poważne tło owianemu głębokim spokojem sielskiemu mieszkaniu księdza.
Gdy zmrok zapadać zaczął, przez otwarte okna plebanii dał się słyszéć gwar kilku młodych głosów, i po chwili z sieni domu wybiegło sześciu czy siedmiu chłopaków, z książkami pod pachą i sporemi kawałkami chleba z sérem przy ustach. Rzeźwa gromadka uczniów księdza proboszcza, śmiejąc się i swawoląc wypadła za bramę i rozbiegła się po dziedzińcu, a ksiądz Stanisław stanął w otwartém oknie. Twarz jego, zawsze jednostajnie blada i łagodna, jaśniała głęboką ciszą wewnętrzną; czoło opromienione jasnemi, siwiejącemi włosami, miało gładkość i pogodę, płynącą z zadowolenia po dobrze spędzonym dniu.
Na ciemne, ale czyste niebo, zaczął wstępować księżyc w pełni; wiatr lekki rozwiewał w powietrzu woń rezedy. Wzrok księdza Stanisława wzniósł się w górę, a łagodne usta jego poruszyły się szeptem cichéj modlitwy.