Strona:PL W klatce.djvu/357

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Była już jednak u końca i Gawełek pani Rzepowéj zajechał już przed ganek, gdy otworzyły się nieco drzwi od sieni i ukazała się przez nie głowa rozczochranego chłopaka.
— Czego chcesz, Julku? — spytała Dolewska.
— Na pocztę, proszę pani, przyjechał jakiś pan z daleka i chce widziéć się z panem doktorem.
— A nie wiesz, kto to taki?
— Nie wiem, proszę pani; ale musi być jakiś bogaty pan, bo jedzie pięknym koczem, a pocztylionowi, co go przywiózł, dał rubla tryngieltu.
— A dokąd ten pan jedzie, czy nie wiész? — spytała zaciekawiona Owsicka.
— Do Jodłowéj podobno.
W téj chwili we drzwiach swego pokoju stanął Lucyan. Słyszał widać całą rozmowę, bo rzekł do chłopca:
— Powiedz temu panu, że zaraz przyjdę na stacyą.
— Ktoby to był, panie Lucyanie? — spytała ciekawie Owsicka.
— Sądzę, że musi to być pan Cypryan Karłowski — spokojnie odpowiedział Lucyan i wyszedł.
Po chwili, zielona bryka Rzepowéj trzęsła się i skakała po ulicy miasteczka, a z nią razem trzęsła się i skakała jéj właścicielka, laską od deszczochronu przypominając często nierówności drogi plecom Gawełka.