Strona:PL W klatce.djvu/355

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cyan, uśmiechając się bladym i martwym uśmiechem.
— Czemu pan tak dawno u nas nie był? — spytała Walerka, podnosząc ku jego twarzy swoje błękitne, łagodne oczy.
Lucyan popatrzył na nią przez chwilę, a potém, jakby sobie coś przypomniał, rzekł:
— Dziękuję pannie Waleryi za kwiaty, które stawiasz codzień na mojém oknie.
Walerka zmieszała się i spuściła oczy.
— A zkąd pan wié, że to ja tam stawiam te kwiaty? — spytała, mnąc w palcach koniec swéj muślinowéj chusteczki.
— Widziałem — odpowiedział Lucyan.
Walerka chwilkę milczała, idąc ciągle obok niego, potém stanęła przed nim tak, że się zatrzymali oboje i, składając drobne ręce na piersi, rzekła:
— Panie Lucjanie, ja za pana co rano i co wieczór się modlę. Pan taki dobry! A jak spostrzegłam, że pan jesteś smutny, pomyślałam zaraz, że będę panu stawiała na oknie niezabudki, dlatego, że one błękitne, więc panu niebo przypomną; a ksiądz Stanisław zawsze mówi, że komu smutno, ten powinien myśléć o niebie, to mu lżéj będzie.
Lucyan raz jeszcze spojrzał na Walerkę, rozśmiał się tym samym martwym uśmiechem i rzekł:
— Pannie Waleryi się zdawało; nie jestem wca-