Strona:PL W klatce.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Podano śniadanie na ganku od ogrodu; jedli je we troje, rozmawiając swobodnie. W godzinę po śniadaniu, Magdzia odbiegła do gospodarstwa, a Klotylda rzekła do Lucyana:
— Pójdźmy czytać w ogrodzie.
— Dobrze, a co będziemy czytali?
I poszli do biblioteki. Klotylda była dnia tego wesoła jak dziecię, a wesołość jéj ogarnęła i Lucyana. W bibliotece żartowali ze sobą i śmieli się, jak dwoje dzieci, które nie wspominają przeszłości, o przyszłości nie myślą, lecz cieszą się pięknością teraźniejszéj chwili, jakby ona wieki trwać miała. Nareszcie, wybrawszy jednę w angielskich powieści, poszli do altany i czytali, a raczéj Lucyan czytał głośno. Dźwiękowi głosu jego wtórowały śpiewy ptaków w gęstwinie i cichy szum gałęzi, splecionych nad ich głowami.
Nic tak nie zbliża dwojga myślących ludzi, jak wspólnie czytana książka. Za jéj pośrednictwem patrzą oni na jedne obrazy, doświadczają jednych wrażeń, razem się smucą i razem się śmieją, a po odczytaniu ostatniéj karty, spostrzegają, że nietylko przeczytali książkę, ale i siebie wzajem głębiéj poznali, ściśléj, niż wprzódy, jednocząc się ze sobą najważniejszym i najtrwalszym ze związków — braterstwem myśli.
Wracając z ogrodu, Klotylda i Lucyan układali plan konnéj przejażdżki o zachodzie słońca, gdy