Strona:PL W klatce.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Daleko odjechałam od domu — rzekła — trzeba wracać. Pan mię odwiedzisz w Jodłowéj, nieprawdaż? — dodała, patrząc w twarz doktora i wyciągając ku niemu rękę.
Lucyan wziął drobną rączkę i przez chwilę zatrzymał ją w swéj dłoni.
— W Jodłowéj, pani — odpowiedział — w Jodłowéj... tak, będę... ale nie wiem kiedy.
To mówiąc, schylił się na koniu, pocałował rękę Klotyldy i miał odjechać, gdy ona raz jeszcze zwracając się ku niemu i wstrzymując swego konia, rzekła:
— Przyjedź pan, przyjedź, bo mi na seryo brak towarzystwa pana.
I rozjechali się w przeciwne strony; ale o parę wiorst od Jodłowéj, Lucyan zdjął czapkę z gorejącego czoła i rzekł gwałtownie do siebie:
— Szaleństwo! co się ze mną dzieje? dziwny wpływ wywiera na mnie ta kobieta. Pocóżem ją spotkał? Ha! los... wszakże nie chciałem tego... Głowa mi płonie! szalony jestem! Nie, tak być nie może, ja się od tego obronić muszę!...
A Klotylda, pożegnawszy Lucyana, nie pojechała prosto do domu, ale zwróciła się na prawo, drogą ku lasowi wiodącą. Jechała zwolna, a na twarzy jéj malowały się: niepokój i wzruszenie; wreszcie, gdy już wjechała w głąb’ lasu, poniosła rękę do czoła i rzekła do siebie: