Strona:PL W klatce.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się nieraz u ludzi namiętnych, pokochał córkę z całą gwałtownością swéj wulkanicznéj natury. Pysznił się szybko rozwijającą się bystrością jéj umysłu i wdziękami, wróżącemi wielką piękność; uczył ją sam śpiéwać, rysować, a domownicy dziwili się, widząc, jak nieugięty pan ich posłuszny był nieraz kapryśnéj woli dziecka, jak on, twardy i hartowny, miękko ją pieścił, bawiąc się warkoczami jéj ciemno-kasztanowatych włosów.
— Dziecię — mawiał jéj czasem — tyś niepodobna do matki; ona miała czarne włosy.
Na te słowa dziewczę nachmurzało białą twarzyczkę i wieszało się ojcu na szyję, pytając:
— Czy ty mnie bardzo kochasz, ojcze?
— Dziecko, życie-bym oddał za ciebie.
— I zrobisz wszystko, o co cię poproszę?
— Wszystko — odpowiedział kasztelanic, całując gładkie jak marmur czoło córki.
— Zrób ojcze tak — prosiła — aby matka moja powstała z tego zimnego, brzydkiego grobu, w który ją włożono, i niech potém przypłynie po nas z góry gwiazda złota i zabierze ją, ciebie, mnie i Jodłową całą tam pod błękitne niebo, gdzie nikt nie umiéra i nikomu za umarłymi nie tęskno.
Kasztelanic uśmiechał się, w oczach migotały mu smutne blaski, brał dziecię na kolana i mówił:
— Klotyldo, żądasz dwóch rzeczy, które stać się