Strona:PL W klatce.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przygniotły żonę kasztelanica; gasła ona stopniowo, powoli, i tak, jak żyła, słodka, cierpliwa, nie o sobie myśląca — skonała, martwiejącą ręką przyciskając do piersi głowę Klotyldy.
Wkrótce o jéj przejściu przez świat, o jéj pojawieniu się w Jodłowéj, świadczył tylko marmurowy, kędyś z Włoch sprowadzony pomnik, który nad jéj mogiłą stanął na górze, panując całéj okolicy i, niby anioł-stróż, bielą unosząc się śród jodeł ciemnych po-nad domem, mającym być kiedyś domem jéj córki.
Gdy złożono w ziemię martwe zwłoki pięknéj i anielskiéj Hanny, kasztelanic dumał nad jéj mogiłą długo, boleśnie. Co w owéj chwili działo się w sercu i w sumieniu jego, niewiadomo, bo nie zwykł był zwierzać się nikomu na świecie; ale gdy podniósł głowę, długo jakąś ciężką myślą schyloną, słudzy, modlący się na grobie swojéj pani, dojrzeli po raz piérwszy w oku dumnego i hartownego, jak stal, człowieka, drżącą na źrenicach łzę. Stoczyła się ta łza po męzkiém obliczu, a wzrok kasztelanica padł na córkę, która z rozognioną twarzą, z rozwianym włosem, drobnemi rękami obejmowała świéżą mogiłę. Kasztelanic pochwycił dziecię w gwałtowny uścisk i z niém razem ukląkł na grobie, szepcąc niezrozumiałe wyrazy, jakby zmarłéj coś przyrzekał, jakby ją o coś błagał.
Odtąd kasztelanic, nagłym zwrotem, zdarzającym