Strona:PL W klatce.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzie-by się poznali na nim i żonę-by pewno znalazł sobie po sercu. Ale już ja stara i Pan Bóg mię może prędko do swojéj chwały zabierze, a wtedy i memu Lucyanowi droga się otworzy; tymczasem jest mi pociechą na starość, i jaką jeszcze pociechą!
I w pracy zgrubiałą ręką otarła oczy, bo w bladych jéj źrenicach zaświeciły łzy.
Dwie słuchające kobiety wzdychały i kiwały głowami, łykając ze smakiem herbatę.
— Doskonała herbata u pani aptekarzowéj dobrodziejki — ozwała się po chwili panna Zuzanna. — Jak człowiek zziębnie, modląc się długo w domu Bożym, to taki napój na zdrowie służy.
— A czy nie masz teraz u siebie herbaty, panno Zuzanno? — spytała pani Dolewska.
— A gdzieby tam u mnie była — smutnie odpowiedziała, źle stojąca w finansach, Szeherezada.
Pani Dolewska nic nie odpowiedziała, ale, przeszedłszy pokój, wyjęła z szuflady szafki starą jakąś gazetę i po chwili część herbaty, znajdującéj się w zielonéj herbatnicy, została w nią zawinięta i zniknęła w kieszeni czarnéj sukni panny Zuzanny.
— Bóg zapłać pani aptekarzowéj dobrodziejce — rzekła z wdzięcznością Szeherezada — otóż to, jaka matka, taki syn, jaki syn, taka matka.
— To wszystko jego praca, moja panno Zuzanno — odpowiedziała pani Dolewska. — Od tego czasu, jak on tu przyjechał, niczego mi nie braknie, wszyst-