Strona:PL W klatce.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Stał, słuchał i nie wiedział sam, co ma uczynić: odejść, lub zobaczyć, czy kto nie potrzebuje pomocy? Gdy tak się namyślał, z za filaru wyszła kobieta; czarna jéj suknia długa i ciężka, z szelestem sunęła się po posadzce. Smukła i ze schyloną głową, postąpiła kilka kroków, profilem zwrócona do młodego człowieka, stanęła obok jednego z filarów, załamała białe, obnażone z rękawiczek ręce i nad posągiem, śmierć przedstawiającym, stała jak posąg smutku, pogrążona w zamyśleniu i łzach, nie widząc stojącego o kilka kroków od niéj mężczyzny. Czarna koronkowa zasłona spadała tylko na jéj czoło, nie zasłaniając dużych, w posąg wpatrzonych oczu i łez, które po białéj twarzy staczały się w napół otwarte, lekko drżące usta. Stała tak rozpłakana, lecz cicha, i tylko niekiedy tłumione łkanie piersi jéj podnosiło. Lucyan patrzył... i przejmowało go dziwne uczucie litości, sympatyi, gdy nagłym ruchem kobieta osunęła się na kolana, objęła ramionami filar, pochyliła się aż ku jego podstawie, czołem uderzyła o kamień posadzki i znów zapłakała gwałtowném, ale cichém, łkaniem.
Lucyan czuł ogarniające go dziwne wzruszenie. Ta postać kobiety, ugięta pod ciężarem wielkiéj jakiéjś boleści, to uderzenie białego czoła o kamienną posadzkę, ten cichy jęk, śród ciszy otaczającéj białą i nieruchomą postać Chrystusa, — wszystko to rozpalało mu wyobraźnią i napełniało głowę dziwacznemi obrazy. Przypomniał sobie, płaczące niegdyś u gro-