Strona:PL W klatce.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie znam téj pani z prostéj przyczyny — odparł Cypryan — żem rok prawie cały przebył za granicą, a przed wyjazdem moim nie mieszkała tu ona zapewne.
Młodzieniec słuchał go, zawsze z wyrazem najwyższego zdumienia, a gdy skończył mówić, pochylił się ku niemu i rzekł z tajemniczą miną:
— Wiész pan, kto ona jest?
— Jest to właśnie wszystko, czego dowiedziéć się pragnę.
— Sfinx — szeptał nieznajomy — tajemnica.... anioł i szatan...
— Ale chciałbym się dowiedziéć, jak się nazywa.
— Ułożyłem na cześć jéj trzy tysiące wierszy; ona mnie podniosła na sam szczyt Parnasu.
— Niczego się nie dowiem — szepnął Cypryan do Lucyana.
— Wiek nasz — rozpoczął znowu poeta — przeznaczony jest dla szczytnych polotów ducha...
— Ależ panie, chciéj mi powiedziéć nazwisko téj pani, bo wnet rozpocznie się akt ostatni.
— Tłum zwie ją Kameleonem, ja nazywam ją bóztwem.
I uderzył się wskazującym palcem w piersi, jakby chciał tym gestem uwydatnić to swoje poetyckie ja.
— Czy słyszysz — szepnął Cypryan do Lucyana — wyraźnie nazywa się Kameleon.
Po skończeniu ostatniego aktu opery, dwaj przy-