Strona:PL W klatce.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Kameleon — odpowiedział Cypryan.
I obadwaj zwrócili się ku piątéj loży od sceny. Ale, niestety! w chwili, gdy zamieniali ze sobą powyższe wyrazy, piękna kobieta wstała i, owinięta już szalem, opuściła lożę. Za nią wyszły dwie towarzyszące jéj panienki i Lucyan nie zobaczył nic więcéj, prócz trzech białych szalów. Cypryan jednak spostrzegł, że siedzący obok niego, nieznajomy mu młodzieniec, przesłał ukłon ku owéj loży i tak był pogrążony w zachwycie, że kłaniał się i wtedy jeszcze, gdy loża była już pustą. Cypryan patrzył na niego, parę razy otworzył usta i wahał się, aż wreszcie, z grzecznością zwracając się ku niemu, rzekł:
— Przepraszam pana, że nieznajomy przemawiam do niego; ale czy nie chciałbyś mi pan powiedziéć, kto jest ta pani, któréj się przed chwilą kłaniałeś, a która opuściła lożę?
Nieznajomy młodzieniec zwrócił ku mówiącemu łzawe spojrzenie, przetarł ręką czoło, wstrząsnął długiemi włosami i odpowiedział głosem, w którym drgało najwyższe politowanie:
— Jak-to! pan jéj nie znasz?!
— Właśnie... — zaczął Cypryan.
Ale nieznajomy przerwał mu, wznosząc oczy ku płonącemu w górze świecznikowi:
— Jak-to? pan jéj nie znasz? — powtórzył. — I na jakież pustkowie, nierozświecone jéj bozkiém obliczem, rzuciły pana zawistne losy?