Strona:PL W klatce.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiedziałem się o wyjeździe Lucyana i zaraz wróciłem, aby go choć w Warszawie znaléźć.
— No, proszę! — powtórzyła raz jeszcze otyła pani — Lucyś Dolewski, to przyjaciel pana dobrodzieja, no proszę!
— Złoty to chłopiec — ciągnęła daléj — anioł-stróż wszystkich biednych ludzi w N. i całéj okolicy. Bo to głowa, panie mój kochany, co się nazywa. Nieboszczyk mój mąż, świéć Panie nad jego duszą, bywało, mówi: z tego chłopca będzie ministyr, a serce u niego, to, panie mój kochny, lepsze jeszcze od głowy. Czy-by to on nie mógł, jak i drugi jaki, rozsiąść się w wielkiém mieście, nie mówię już o Warszawie, ale w Wilnie naprzykład a choć-by w Grodnie, albo w Mińsku, i brać pieniądze, i królować, i hulać sobie, panie mój kochany. Ale on, biedaczysko, pracuje i haruje i tyra swoje młode lata między nami biednymi i, za pozwoleniem, głupimi ludziskami; a wszystko to dlatego, żeby staréj matki nie porzucać, bo-by umarła chyba z tęsknoty za swoim jedynakiem, któremu dała edukacyą, panie mój kochany, kawałek chleba od własnéj gęby odrywając.
Ostatnie słowa wymówiła z rozrzewnieniem, wydobyła chustkę do nosa, otarła oczy i spocone pod kapturem czoło i w zapale wydobyła z worka jeszcze jednę książkę do nabożeństwa, podobno „Cichą łzę”.
— Cieszę się — po krótkiéj chwili ozwał się mło-