Strona:PL W klatce.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ler! To rychtyk jak nieboszczyk mąż, świéć Panie nad jego duszą. Bywało, jak robię pończochę, to niech mi tylko kłębek upadnie, zaraz mi go podniesie, choćby się pod samiuteńką kanapę potoczył. Pan dobrodziéj kubek w kubek będziesz taki, jak mój nieboszczyk Wicuś, świéć Panie nad jego duszą. Zaraz znać po grzeczności, żeś pan dobrodziéj z Warszawy. Czy zgadłam, jeżeli wolno spytać?
— Tak, pani, jestem w Warszawy — odpowiedział młody człowiek.
— A dokąd-że to pan dobrodziéj podróżował?
— Byłem w okolicach Wilna.
— A w jakiém miejscu, czy wolno spytać?
— W miasteczku N.
— Ach, panie mój kochany, toć ja ztamtąd jadę i tam mieszkam; że téż nie zobaczyłam tak ślicznego kawalera! A u kogoż tam był pan dobrodziéj, czy wolno spytać?
— Jeździłem do mego kolegi i przyjaciela, doktora Dolewskiego.
— Ach, panie mój kochany! znam, znam jak własne oko. No, proszę! Lucyś Dolewski, to pana dobrodzieja kolega! na ręku go nosiłam! Ależ on, panie mój kochany, sam w Warszawie jest teraz.
— Tak; to téż, nie wiedząc o tém, wybrałem się do niego i rozminęliśmy się w drodze.
— Pewno pan dobrodziéj krótko bawił w N.
— Parę godzin tylko. Na stacyi pocztowéj do-