Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



I.

— Która godzina?
— Wybiła już dziesiąta.
— W tej chwili bije... słyszę wyraźnie.
— To tylko ostatnie echa dźwięczą w korytarzach.
— ...Cztery, pięć!
— I deszcz pluszcze w rynnach.
— ...Siedem... zaraz umrze godzina... osiem... powstrzymać, siostro, powstrzymać... dziewięć... boję się, przechodzi nieubłaganie... dziesięć. Już jej niema... już wpadła w wieczność... już jej nic nie powróci... nic... Jak mi jej żal! Czy siostrze nie żal tych godzin pomarłych?
— W Bogu jest wszystko.
— Czy siostrze nie żal tych ludzi, tych drzew i zwierząt pomarłych?
— „We mnie zmartwychwstaniesz wszystek“ — rzekł Pan.
— Rzekł Pan... — powtórzył jak echo.
— Chrześcijanin powinien w to wierzyć.
— Wierzę... ale... ale mi żal... — szepnął trwożnie, i oczy jego nasączyły się powstrzymywanemi łzami.