Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— ...Ale mi żal umarłych lat... — powtórzył cicho i zatopił oczy w mroku, zalewającym szpitalną izbę.
Biały kornet siostry chwiał się w ciemności niby skrzydła... a pod nim występowały ostro z cieniów jej ręce, białe, długie, rozmodlone ręce... Ziarna różańca spadały monotonnie z dziwnym, przejmującym szelestem.
— ...I tych, które umrą do końca świata!
Poruszył się, poczuł jej wzrok w sobie — ostry wzrok czuwania, który czarnym, lśniącym promieniem przenikał mroki i spadał mu na czoło gorącym pocałunkiem.
Milczenie dokoła, cisza mrących godzin, cisza tych lepkich, przyczajonych do ścian cieniów, wśród których żyły jedynie i czyhały jej spojrzenia miłosierne, oczy litości.
Przez otwarte drzwi widać było salę szpitalną, biały gościniec smutku, zatopiony w bolesnem świetle oliwnych lampek, które rozkrążały ropiące smugi na głowy chorych.
Usnąć i nie zbudzić się, usnąć...
Ale sen nie przychodził, więc znowu otwierał oczy i ślizgał się niemi po ścianach, po kornecie siostry, po jej rękach zamodlonych, i tonął tam... wśród uśpionych błądził.
Oddechy wszystkie słyszał... jęki przez sen, bicia serc, dyszenia przyczajonej trwogi, nieme krzyki konających oczu, wołania przepadających. Bolesnym, okropnym rytmem brzmiały te głosy w jego sercu i rozpierały się nieopowiedzianym bólem.