Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cóżto szkodzi, proszę pani?
— No tak, tak — ale u mnie nie możesz być pijanym.
— Dobrze, nie będę pił — wszystko mi jedno.
I ucałował na podziękę ręce kandydatki na dyrektorową.
— Sprowadź się zaraz.
— Dobrze.
Akurat ktoś go potrzebował posłać do szewca i w tym celu ściągnął nawet z nóg kamasze, którym nagwałt pomoc dać należało, i, siedząc w kulisie, głosem tylko miał brać udział w próbie.
— Franek, zaniesiesz, widzisz — niech ci na poczekaniu zrobi.
Franek przybrał stanowczą minę i powiedział, że nie ma czasu, nie pójdzie.
— Dlaczego, małpo, nie pójdziesz?
— Bo przeprowadzam się.
— Skąd? gdzie?
— Od Zmarźlaka do dyrektorowej.
— Ha! ha! — Franek się przeprowadza, ha! ha! wybornie! — przeprowadza się!
— Połamani bohaterzy i dotknięci szpicem Kronosa bohaterki! Proszę o głos! Hołota, — cichoże, bo chcę powiedzieć coś arcywesołego.
Uciszono się.
— Oto! powiadam, że nasza Esmeralda vel Simonka bierze sobie tego oto Quasimoda na stajnię — czyli inaczej, mówiąc językiem dla was zrozumiałym, nasze factotum — mówiący słynął z wyszukanych zwro-