Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I tak przeszło dni wiele i miesięcy wiele.
A zwycięskie miasto coraz chciwiej wyciągało drapieżne, ubroczone krwią, bratobójcze ręce i coraz okrutniej brało przemoc nad światem, marząc już o dniu ostatecznego triumfu i panowania, o dniu, w którym wszystką ziemię porwie w żelazne ramiona władzy, obedrze ją z barw i blasków, z marzeń i tęsknot nieśmiertelnych, przywali ją sobą na wieki, zdusi, oplącze nieskończonemi łańcuchami szyn, przemieni całą w jedną fabrykę i w maszynę jedną, a ludzkość niewolniczem stadem powlecze przykutą do rydwanu swojej potęgi niezmiernej.
O tem marzyło już miasto, przy bezustannym skrzypie szubienic, w te nowe, w te wyśnione dnie.
I potężniało wciąż, olbrzymiało, jak ocean, pijany burzą, i jak ocean rozszalały druzgotało lądy oporne, siejąc dokoła śmierć, zniszczenie i strach.
Aż stary, obłąkany człowiek opuścił swoje okno.
Ale nie poznał miasta, było już nowe, obce i przerażające.
Żałosny cmentarz pomarłych dni, pomarłych rzeczy i ludzi pomarłych.
A na rumowiskach wrzało już nowe życie. Kanałami ulic przewalał się chaos żądz i namiętności.
Fale ludzkich zgrzęzów, miotane wichrami nienawiści szumiały złowrogo.
Rozpętane żywioły, jakby strugi roztopionych metalów i błota, wytryskiwały gdzieś ze samego dna człowieczeństwa, płynąc bezustannie, ryły ziemię w straszliwe brózdy, niszcząc wszystko i plugawiąc.