Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nego milczenia toczył się cichy, pijany zemstą bój; pierś z piersią, dom z domem, gniew z nienawiścią, rozpacz ze wzgardą, walczono, jak we śnie obłąkanym na dnie jednej, wspólnej mogiły, że tylko niekiedy wyrywał się dziki kwik, niekiedy rzężenia ostatnie, a niekiedy tylko zgrzyt stali, suchy trzask wystrzału i głuchy odgłos padającego trupa...
I noce się już stawały podobne halucynacjom, noce ślepe, głuche i trupie, tragiczne noce pobojowisk.
W jesiennych deszczach, smagających niby stalowemi biczami, w przegniłych ciemnościach, niby z dna grobu, przywalonego czarną płytą nieba, żarzyły się krwawe łuny pożarów, tryskały złociste fontanny płomieni i huczały ciężkie jęki rozwalających się domów, a z zapłakanych przestrzeni, z rumowisk, z nocy płynął wraz z wichrami niemilknący szmer szlochań, krzyków i boleści.
I tak szły dnie, tak szły tygodnie i tak przechodziły miesiące.
Tak stawały się rzeczy straszne i nadchodziły niepojęte.
Niewiadome rodziło się wśród łez i męki człowieczej.
A stary, obłąkany człowiek niestrudzenie patrzył na bój tytaniczny, na śmiertelną kośbę śmierci i czekał nieubłaganie.
I fabryki czekały.
Aż pewnego dnia listopadowego, pewnego dnia, który był jakby zgrzęzami piekła, szaleństwa i grozy; pewnego dnia, który się wydawał ostatnim już ginącego świata, miasto Zaśpiewało tragiczny hymn zwycięstwa...