Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Objaśnił go dopiero jakiś człowiek, wyglądający przez okno.
— Chcesz pan wiedzieć, co się dzieje? — zdziwił się niezmiernie. — Chyba pan obcy, z jakiegoś kraju dalekiego?...
— Tak, tak... przyjechałem dzisiaj i nic nie wiem...
— A tu już wróble świergocą, że będą wyrzynali fabrykantów i bogaczów, odbierali im bogactwa i dzielili między wszystkich... He! he... naużywali się dobrego, to niechże teraz i biedny posmakuje trochę...
Siwy człowiek wyprężył się nagle i rzekł szorstko:
— Głupiś, mój stary!
I nie pytał już więcej nikogo, ale później, siedząc w jakiejś wielkiej kawiarni, ukryty za płachtą gazety, ciekawie nasłuchiwał rozmów, krążących dokoła. Nie były ciekawe, lecz mimo to, same głosy i widok twarzy sprawiały mu głęboką przyjemność, budząc zarazem nagłą i żrącą tęsknotę za ludźmi, że z radością byłby się do nich przysiadł i mówił o byle czem, byle tylko ta ciepła fala życia ogarnęła go i porwała za sobą. Zapomniał o sobie, był tylko nieukojoną tęsknotą człowieczą i starczą samotnością.
Podniósł się, aby się przysiąść do ludzi i poznano go natychmiast.
Cisza się stała kłopotliwa, wielu porwało się z miejsc i, kłaniając się uniżenie, odchodziło, a wielu przenosiło się śpiesznie do dalszych pokojów... uciekano jak od zarazy...
Został samotny, jak zawsze i wszędzie, otoczony pustką i tym nimbem przeklętym jakiejś zgrozy i strachu.