Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I jak zły, przerażający sen trwało nad światem nieubłagane władztwo tego bóstwa tajemniczego.
Lęk i groza biły od kamiennych potworów, śmierć wionęła od tych sił straszliwych, spętanych milczeniem, od tych maszyn, zwitych w potworne kłęby, niby zakrzepłe zwoje mózgowe, i czyhających tam za szybami, które tysiącem rozgorzałych oczów zdawały się stróżować zaciekle nad gęstwą, poruszającą się w dziedzińcu.
Stary człowiek znowu stał w oknie i także pilnował.
Słońce już się nieco stoczyło z południa za wyniosłe dachy i basztowe narożniki jęły kłaść cienie i niby grobowym całunem przysłaniały kłębiących się przed kasami.
Na skraju dziedzińca, od strony miasta, jakiś staw zdechły przebłyskiwał ponuro z pod przegniłych bielm pleśni, a kilka topoli nad nim schnących dźwigało z trudem pokręcone, chore pnie i obłamane gałęzie, trzęsące się nędznemi liśćmi, jakby w przedśmiertnej gorączce — stały rzędem głodomorów wiecznie łaknących, rzędem kalek, broniących się rozpacznie od wód zatrutych, od dymów, od całej nędzy fabrycznego istnienia, jak cały ten tłum ludzki, który w bolesnem milczeniu brał ostatnie wiatyki nędzy — i odchodził w nieznane jutro.
W popołudniowej ciszy i w martwych cieniach milczącej fabryki słychać było coraz wyraźniej wywoływane nazwiska i brzęk pieniędzy.
— Już blich płacą! — szepnął służący, stając w progu.
Starzec coś odmruknął i cofnął się gwałtownie od okna.