Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/084

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Przed kasę cisnęła się nowa, zwarta kohorta twarzy o dziwnej bladości, twarzy, jakby utkanych z wilgotnej, szarej przędzy.
A potem płacili farbiarnię.
Korowód gorączkowych, zatrutych spojrzeń się skłębił, zielonkawych twarzy i ruchów, jakby pijanych.
A potem płacili suszarnię.
Gęstwa przezroczystych postaci sunęła cicho wiotkiemi krokami, jakby gęstwa cieni przepalonych w skwarze. Chwiali się przed kasą bez szelestu, jak badyle wyschnięte na ścierniskach.
A potem płacili drukarnię.
A potem apretury, magazyny, składy, kantory, koleje...
Cały ludzki inwentarz fabryki ciągnął w smutnej, ostatniej procesji, starzy i młodzi, kobiety i dzieci, wszyscy...
Każdy odbierał swoje, cofał się, przystawał gdzieś zboku, przeliczał prędko te nędzne, ostatnie grosze, wzdychał, wodził zdumionemi oczami po towarzyszach, przenosił je potem na fabrykę, zatrzymywał się dłużej na swojej sali i odwracał się, jakby z lękiem, i odchodził zwolna, ciężko pod brzemieniem jutra nieznanego, aż za staw, za żelazne sztachety, ku domom rozsypanym nad szeroką, czarną drogą.
Długie jeszcze godziny wlokły się te korowody.
Aż słońce przetoczyło się na zachód i olbrzymią, czerwoną kulą spadać zaczęło za siny horyzont, za las kominów, majaczących w dymach, za miasto, huczące