Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



I.

Olbrzymi gabinet zapadł się w ciemnościach, grube zasłony nie przepuszczały ani jednego promienia, stała się martwa cisza, milczenie grobu zaległo ciężkim tumanem, że tylko niekiedy zadrgał ledwie pochwytny szmer kroków. Ktoś niedojrzany chodził wolno, przystawał często, jakby licząc trwożne bicie serca i te westchnienia, co się wydzierały nikłym szelestem opadających liści, to zrywał się gwałtownie z miejsca, podbiegał ku oknom i nagle nieruchomiał w zasłuchaniu...
Ale przez potężne mury nie dochodził żaden głos żywy, tylko chwilami, skądciś, jakby z pod ziemi, dudniały rozdrgane huki przelatujących pociągów; albo darł się wskróś milczącej ciemni przeszywający świst fabryczny.
I znowu pełzały leniwie długie, dławiące chwile oczekiwań.
Naraz rozkrzyczał się nerwowy brzęk dzwonka.
Jakieś drzwi się otwarły, roziskrzony, oślepiający słup światła runął w ciemności, zamigotały zwierciadła, zalśniły bronzy, zagrały barwy obić i sprzętów.