Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Na środku gabinetu, w słonecznej pożodze stał siwy, wysoki człowiek i, mrużąc powieki od blasków, zapytał:
— Skończyli? — Głos miał nikły, przejęty obawą.
— Jeszcze. Dopiero płacą przędzalnię.
— Dopiero! — Skinął niecierpliwie ręką, służący się cofnął, drzwi opadły bez szelestu, światła zgasły, otoczyła go znowu noc i milczenie, rozdrgane pomarłemi echami dźwięków.
Zapadł w siebie bezwładem kamienia.
Zanurzył się w jakąś głąb bezdenną, na samo dno bezczucia.
Zaczął bić jakiś zegar.
Dwanaście uderzeń wzniosło się w mrokach, jakby dwanaście słonecznych błyskawic trąciło w krysztalną czarę i zaśpiewało złotemi głosami.
Porwał się, nasłuchując chciwie i goniąc te dźwięki, co przechodziły wskróś niego lodowatym wiewem trwogi i rozsypywały się w ciemnościach złocistą rosą brzmień drgających.
— Dopiero południe! — jęknął.
Owładnęło nim gorączkowe zniecierpliwienie, że co mgnienie rozlegały się w coraz innej stronie głuche stąpania, co mgnienie zrywały się ciężkie, żałosne westchnienia, to jakiś fotel potoczył się gwałtownie na ścianę, albo sprzęt jakiś jęknął, potrącony.
— Południe! południe! — powtarzał, biegnąc ku drzwiom, szczęknęła klamka, ale się cofnął siłą woli. Przyłożył ucho do ściany, czy nie rozlega się południowy, tak znany, tak drogi świst jego fabryki.