Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Staje się cisza, słychać tylko radosne płacze, i łopot chorągwi, orkiestra zaczyna grać, i naraz ze wszystkich piersi, ze wszystkich serc zrywa się pieśń-huragan, pieśń-modlitwa:

„Boże, coś Polskę...”

Trzysta tysięcy ją śpiewa jednym, niebosiężnym głosem uniesień.
Trzysta tysięcy wynosi ją z siebie, jak najświętszy sakrament narodu.
Ruszyli w pochód, idą, płyną, wzbierają, prą się niezmożoną mocą za pieśnią, która, nabrzmiała krwią wszystkich serc, bije ku niebu słupem, błyska i grzmi jak krzak ognisty...
Sztandary się krwawią w słońcu, rozwijają, trzepocą, a orły Racławic, orły Legjonów, orły Grochowa i orły powstańcze przodem się niosą, i do słońca, do nieśmiertelnego życia prowadzą.
Cała Warszawa idzie w karnym ordynku. Stanęli wszyscy, ramię przy ramieniu, i wszystka dusza narodu śpiewa:

„Ojczyznę, wolność racz nam wrócić, Panie!...”

Jęk krwawi się w tym głosie setek tysięcy.
To skarży się sto lat niewoli, to płacze ból niezapomniany, to błaga rozpacz, to wołają pustki Sybiru, mogiły pobitych, to brzmią skrzypy szubienic, to śpiewa cierpienie i krzywda...
Każde słowo ścieka jak kropla krwi męczeńskiej, i każde słowo jest nieśmiertelną żądzą życia...