Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Prowokatorowie przecież działają i jak hieny węszą żer.
A mordy w dalszym ciągu.
Cały dzień dzisiejszy grzebano niezliczone ofiary, a na jutro już czekają swojej kolei nowi.
Strajk także w dalszym ciągu, koleje stoją, brakuje już chleba, brakuje pieniędzy, nędza szerzy się z przerażającą szybkością, ale lud znosi ją z bohaterskim stoicyzmem.
Przecież wystawy magazynów przeważnie niezasłonione, przez lustrzane szyby lśnią się drogie materje, śmieje się urągliwie złoto, wabią stosy przysmaków, nęcą skarby, a lud głodny, lud w nędzy, lud ledwie już powłóczy nogami, i przechodzi mimo obojętnie i dumnie, i nigdzie gwałtu, ni rabunku!
Zaiste, że to bohaterska wyniosłość i święta cierpliwość!

Niedziela.

Niezapomniany, święty dzień braterstwa!
Umilkły salwy, żołnierze prawie zniknęli z ulic. W uroczystej ciszy niedzieli zabrzmiały dzwony wszystkich kościołów.
Wyszedł pochód z kościoła św. Jana, z katedry.
Morze ludzkie wylewało się zwolna na Krakowskie, amarantowe sztandary chwiały się nad zwartą falą głów, wynosiły się ze wszystkich stron, ze wszystkich bocznych ulic leciały orły i szumiały proporce.
Pod pomnikiem Mickiewicza pierwsze mowy.