Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nie jestem zdolny o tem pisać. Widziałem potem tę rzeźnię ludzką, krew mi się ścina na wspomnienie, wzgarda dusi, gniew obezprzytomnia. Ohydny mord bezbronnych! Zbrodnia zgóry ułożona i wykonana na zimno. Zbrodnia, wołająca o pomstę!
Są rzeczy, których zapomnieć, ani przebaczyć nie wolno.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A oto spis z tego dnia do zapamiętania:
Mordowali na Złotej!
Mordowali na Przechodniej!
Mordowali na placu Bankowym!
Tak się oto zakończył ten pierwszy dzień wolności.
Śmierć zmówiła nad nim swoje krwawe pacierze.

Czwartek.

Dzień prawie wiosenny, ciepło i jasno, blade, wyczerpane słońce sieje omdlałe brzaski, powietrze przesycone błękitem, lasy za Wisłą ledwie dojrzane, w białawych tumanach, dzwony biją po kościołach, ostatnie liście padają z drzew, i dziwnie cicha, przejmująca smutkiem, melancholja rozwłóczy się nad miastem.
Z wczorajszego pogromu na Teatralnym przychodzą coraz straszniejsze szczegóły.
A na rogach surowe odezwy. Żołdak wygraża uzbrojoną pięścią, jakby tem chciał usprawiedliwić mord wczorajszy.