Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Miasto niemieje z gniewu i zgrozy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Próbowałem zasiąść do roboty — niepodobna, w głowie mam szum i zgiełk, echo wczorajszego dnia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Olbrzymi pochód przeciągnął Nowym Światem, księża go wiedli i kilkanaście amarantowych sztandarów pławiło się w słońcu i trzepotało od huku śpiewów.
W Filharmonji wiec, a niedaleko, przed „Gońcem“ drugi, może nawet liczniejszy i wrzaskliwszy. Cały dzień tam krzyczą, mówią, śpiewają i kłócą się zawzięcie.
— Śmierć im! Niech żyją!
I tak wkółko.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Szał już ogarnia partje, sztaby stronnictw zabijają się językami, a lud umiera na ulicach od wrażych kul i bagnetów.
Śmierć się wałęsa po mieście i uderza z okropną bezmyślnością.

Piątek.

Dwie nadzwyczajne wiadomości. Trepow uwolniony, i Królestwu ma być dana autonomja! Czyli: jeden fakt i jedna zielona obietnica!
A tymczasem coraz więcej mordów, coraz gęściej sypią się salwy, coraz więcej żałobnych konduktów ciągnie na cmentarze.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .