Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wolność! Wstawajcie! Nadchodzą nowe dni!
Nuże ospali, nuże leniwi, nuże małego serca!
Już dnieje! Ofiarny siew krwi okrywa zieloną runią zdeptane pola — pokryjcie je żarem serc, osłońcie przed mrozami, skrzepcie wątłe źdźbła krwią serdeczną — niechaj dojrzeją, niechaj prędzej nadejdzie żniwny czas wesela i radości!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Naraz, na rogu Żórawiej i placu Aleksandra, patrol się zjawił, bagnety jadowitemi żądłami zastąpiły nam drogę, i ochrypły głos zaskrzeczał:
— Czewo szlajetieś? Poszli won a to w uczastok... i t. d.
To była pierwsza sygnaturka „wolności“.

Środa, 1 listopada.

Więc to naprawdę wolność — pytają dokoła usta i oczy.
Może i naprawdę — nie widać jeszcze szarżującej kawalerji.
Może i naprawdę — nie słychać salw, ni jęków. Tak dziwnie cicho na mieście, jakby sama śmierć, z podniesioną kosą do ciosu, zasłuchała się w radośnie trwożny rytm serc ludzkich, jakby sama śmierć nie śmiała płoszyć marzenia o nadzieli.
Jeszcze dość wcześnie, dziewiąta godzina rano, ale czemu tak pusto i martwo na ulicach?
Pogoda i sucho, niebieskawe powietrze oprzędza miasto, niekiedy wygląda słońce, iż tysiąc szyb roz-