Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Niech do mnie tylko przyjdą, wrzątkiem będę lała...
Na placu Zamkowym natknąłem się na kondukt żałobny. Jednokonny karawanik, prosta trumna, a za nią kobieta zapłakana i kilkoro dzieci, trzymających się za ręce.
— W cerkule umarł, panie, no! Nawet go nie dali obejrzeć po śmierci, no... — tłumaczy mi cicho jakaś stara, wynędzniała kobieta.
— Jest Bóg sprawiedliwy, jest — szeptała blademi wargami.
Nalewki ludne, po bramach pełno, przed domami ruchliwe gromady, niepokój, gwar szeptów i krwawe spojrzenia na gęste posterunki...
Idę na krańce miasta. Dzielna, Smocza, Chłodna, Żelazna — sam prawie lud roboczy, spokój zupełny, wiara bezwzględna, twarze zacięte, blade, uśmiechy zdecydowania, nastrój walki, a nędza wstrząsająca.
— Wytrzymamy! — mówi mi ktoś o zielonej twarzy głodomora.
Straszliwe napięcie nerwów; w przerażającej cichości; bez gestów, bez wrzawy, bez chwalb, wiedzie się ta walka skutych, którzy w najgłębszem milczeniu, smagani nędzą, mocują się z kajdanami.
— Zabiją — to i cóż? Stracę tylko te puste kiszki.
— A może naszym dzieciom będzie lepiej — mówią mi spokojnie.
Dziwni ludzie: oczy jasne, twarze poczciwe, łachmany na grzbietach, głodni, wynędzniali, a królewsko hojni, bo gotowi ceną krwi i życia zapłacić za wspólną sprawę...