Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ale nikt się nie poruszył, tylko oczy zaświeciły złowrogo, zacisnęły się pięści, a usta wykrzywiał strach.
— Mówcie, bo oszaleję!
Siedzieli niemi, jakby nagle pomarli.
Patrzył na nich oczami wzgardy i nienawiści.
— Strach wami miota, nikczemny, plugawy strach — szeptał urągliwie. — I ja widziałem śmierć niewinnych. Widziałem, jak szli na śmierć sprawiedliwi... słyszałem triumfalną pieśń zabijanych! I katem mnie nazwali! Katem! — wołał głosem rozpaczy. — Tam zrozumiałem wszystko, tam prawdzie spojrzałem w oczy, tam pierwszy raz w życiu widziałem ludzi... A teraz wiem, co począć, wiem. Nuże trupy, powstańcie. Dosyć już krwi, dosyć walk i łez... Niechaj dzwony uderzą, niechaj heroldowie rozgłoszą, że daję wszystko tym, którzy są wszystkiem. Ja tak chcę! słyszycie!
Rada porwała się na nogi, bo znowu zagrzmiały armaty, kule posypały się na ściany jak grad, a bezmierny krzyk walki wionął po sali dziką, skłębioną wichurą...
— Prędzej! Ogłosić moją wolę. Prędzej! — krzyczał rozpłomieniony.
— Za późno!
— Za późno!
Powtarzali posępnie, otaczając go kołem.
— Na moście walka!
— Już niema ucieczki, ni ratunku!
— Zginiemy. Rozerwą nas! — jęczeli, tłocząc się dokoła niego.