Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sercu, a grzmoty dział huczały w każdym zakątku, lecz mimo to szedł wolno i ciężko, jakby pod brzemieniem tamtych krzyków.
Otwarły się przed nim drzwi kute w bronzie.
Tłum ministrów, wodzów, doradców, tłum książąt i panów, zebranych z całego świata, nie powstał na jego powitanie, siedzieli przygarbieni, milczący i trupio bladzi.
— Któż zwyciężył? — zapytał.
— Motłoch! — zabrzmiał jakiś głos ponury.
— Na południu wojska zniesione ze szczętem.
— Flota zatopiona.
— Dolna część miasta już w rękach tłuszczy.
— Wojsko na wałach przeszło do buntu.
— Oddział aerostatów po ich stronie.
— Wszystko stracone! Wszystko!
Mówili jeden po drugim i twarde słowa spadały na niego jak kamienie, że cofał się pod tym gradem śmiertelnym.
— Gwardje wysłać! — wyszeptał.
— Zdradzą! Nie przemogą. Tam ocean wezbrał i druzgoce wszystkie tamy! Świat się wali!
— Biada nam, biada!
— Więc cóż robić? — pytał bezradnie.
Huk wstrząsnął murami, posypały się strzaskane szkła okien, zimny wiatr buchnął po sali, aż portrety królów zakołysały się na ścianach.
— Chwila sądu i kary się zbliża! — ktoś jęknął.
Milczenie zapadło ciężkie, jak płyta grobowa.
— Tchórze i niewolnicy! Katom was oddam. Precz