Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Głupstwo! Niemożebne! — Otrząsnął się z przykrych przewidywań i śmiało ruszył w długi, ciemnawy korytarz, odszukał właściwe drzwi, wyciągnął rękę do dzwonka i nagle jakby skamieniał. Za drzwiami rozległ się głos Buczka, rozmowa stawała się coraz wyraźniejsza i bliższa, już ktoś brał za klamkę…
Józio odsunął się o parę kroków i czekał z bijącem sercem.
Drzwi się otwarły, ktoś wyszedł, a Buczek zawołał za nim.
— A nie zapomnijcie kupić cukru!
Jakiś niski, wielce kędzierzawy człowiek zajrzał mu w oczy i poszedł wolno, oglądając się co chwila na Józia, przeglądającego karty poprzybijane na drzwiach.
— Kogo pan szuka? Ja tu znam wszystkich.
Józio wymienił pierwsze lepsze nazwisko.
— Nie znam! pierwszy raz słyszę, Polak?
— Tak, ale widocznie źle zanotowałem adres — odpowiedział po polsku i, uradowany z tak niespodziewanego zaniechania odwiedzin, schodził nadół bardzo prędko. Kędzierzawy szedł nieco naprzód, przyglądając mu się na zakrętach schodów z niezmierną uwagą, i musiał go już nieźle otaksować, skoro w bramie odezwał się bardzo życzliwie.
— Możebym się mógł panu na co przydać? Znam Paryż jak własną kieszeń. Jestem Rożek!
Józio powiedział jakieś cudze nazwisko i uścisnął mu rękę.