Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z klubów z piosenką na ustach i idzie sobie palnąć w łeb, rozgłośni policjanci i zwierzyna przez nich tropiona, Rocambole i Jan Valjean! Czuł się w tej chwili wszechmocnym i wszechwiedzącym, nic dla niego nie miało tajemnic, znał początek i koniec każdej sprawy i każdego żywota, wiedział nawet, co ukrywają wnętrza tych posępnych domów od suteren do poddaszy, znał całą grę życia, nieskończone falowania, wszystkie napięcia, wszystkie przypływy i odpływy, wszystkie katastrofy. Jak Bóg, wyłaniał ze siebie coraz to inne światy, i jak Bóg, unicestwiał je z najgłębszą rozkoszą!
Słońce już zaszło i w niebieskawych tumanach mroków jęły wybłyskiwać tysiączne światła, domy zdały się wyrastać i sięgać dachami nieba, bulwar jakby się zapadł głębiej i stawał się podobny przepaści, zalanej rozdygotanym hukiem i światłami.
Ale Józio nawet nie zauważył tego, pochłonięty wskrzeszaniem wyśnionych mar, dopiero, gdy ktoś, tuż za nim, odezwał się po rosyjsku, obejrzał się gwałtownie i oprzytomniał. Jakiś starszy pan o surowej twarzy rozmawiał głośno ze swoim towarzyszem. Józia przejął strach, gdyż starszy pan był podobny do znajomego oficera żandarmów, i to dziwne podobieństwo nasunęło mu takie trwożne myśli, że wszystkie fantastyczne rojenia prysnęły niby bańki mydlane, rzeczywistość zajrzała mu w oczy i znowu zobaczył dokoła tylko same obce i obojętne twarze!