Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 237 —

na wszystkie strony. Zapach spalonej nafty i smarów rozwłóczył się ciężkim, duszącym obłokiem.
Józio czuł się nieco oszołomiony krzykiem bulwarów, ale wytrwale przepychał się wśród ciżb i szedł wciąż naprzód, z bijącem sercem i z wzrastającem oczekiwaniem, wypatrując głodnemi oczami rychłoli ukaże mu się ten Paryż wyśniony? Czekał jakby na cud, który mógł nagle rozewrzeć przed nim wrota wymarzonych rajów, na jakieś feeryczne panopticum wspaniałości wszelakiego rodzaju! Ale cóż, kiedy szara, posępna kurtyna murów nie podnosiła się wgórę, a te olbrzymie domy, niezliczone wystawy sklepów, szalony ruch, potoki samochodów i tłumy, ciżbiące się z głuchym, rozdygotanym szumem — wydawały mu się jakoś powszedniejsze, pospolitsze, brzydsze i nie takie, jakie powinny były być w Paryżu! W tym jego wymarzonym Paryżu! Obszedł jeszcze operę i, już dostatecznie znużony, skinął na automobil i kazał się przewieźć po głównych arterjach.
Szofer osadził się mocno, zakręcił kołem, puścił w ruch motor i popędził, wymijając tłumy z cudowną zręcznością, niekiedy zwalniał, jakby dla nabrania tchu, i potem rzucał się naoślep w przerażające zatory wozów i ludzi, przemykał się jak wąż pod kołami olbrzymich omnibusów, skręcił nagle jak kula odbita i leciał z wiatrem w zawody!
Józio siedział w niedbałej pozie obojętnego na wszystko, chociaż cały dygotał z rozkoszy szalonego biegu, i co chwila, co skręt, co jakiś gmach