Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


błoto, rzędy domów ponurych, jak więzienia, ciągnęły się nieskończonemi groblami, czarne gardziele wąskich uliczek zionęły zgnilizną, pod ścianami tulili się jacyś ludzie w łachmanach, z szynków buchały dzikie wrzawy, policjanci przeprowadzali go podejrzliwemi oczami, że zrobiło mu się strasznie smutnie i źle.
— Pierwsze wrażenie często bywa fałszywe! Jutro… Jutro… — uspokajał strwożone serce.


XVI.

Dzień był ciepły, wilgotny i zasnuty przędzami wiosennych oparów, drzewa omgliły się pierwszą zielenią, niekiedy przebłyskiwało słońce, a niekiedy szemrał drobny deszczyk i lśniące, lepkie błoto pokrywało wielkie bulwary, ciągnące się niby wąska, kręta dolina, przesłonięta błękitnawem powietrzem; szare, ogromne domy dźwigały się nad nią niebotycznemi grzbietami, a dołem przewalał się zgiełkliwy, szumiący potok ludzki, wzbierał z coraz większym bełkotem i coraz burzliwiej miotał się między murami. Dochodziło bowiem już południe i ruch się wzmagał, potężniał i przechodził w huczący, nieustanny grzmot. Trotuary zapełniały się mrowiem ludzkiem, terasy kawiarń były już pełne i rozkrzyczane, a niezliczone automobile, powozy i omnibusy leciały z wrzaskiem