Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 236 —

błoto, rzędy domów ponurych, jak więzienia, ciągnęły się nieskończonemi groblami, czarne gardziele wąskich uliczek zionęły zgnilizną, pod ścianami tulili się jacyś ludzie w łachmanach, z szynków buchały dzikie wrzawy, policjanci przeprowadzali go podejrzliwemi oczami, że zrobiło mu się strasznie smutnie i źle.
— Pierwsze wrażenie często bywa fałszywe! Jutro… Jutro… — uspokajał strwożone serce.


XVI.

Dzień był ciepły, wilgotny i zasnuty przędzami wiosennych oparów, drzewa omgliły się pierwszą zielenią, niekiedy przebłyskiwało słońce, a niekiedy szemrał drobny deszczyk i lśniące, lepkie błoto pokrywało wielkie bulwary, ciągnące się niby wąska, kręta dolina, przesłonięta błękitnawem powietrzem; szare, ogromne domy dźwigały się nad nią niebotycznemi grzbietami, a dołem przewalał się zgiełkliwy, szumiący potok ludzki, wzbierał z coraz większym bełkotem i coraz burzliwiej miotał się między murami. Dochodziło bowiem już południe i ruch się wzmagał, potężniał i przechodził w huczący, nieustanny grzmot. Trotuary zapełniały się mrowiem ludzkiem, terasy kawiarń były już pełne i rozkrzyczane, a niezliczone automobile, powozy i omnibusy leciały z wrzaskiem