Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Właściwie czego pan chce ode mnie? — Już ledwie się hamował.
— Chodźmy do drugiego pokoju, to panu szczegółowo wytłumaczę! — Wziął go poufale pod rękę. — Ja panu mówię, co interes na sto procent, czyste złoto! Zrobimy cichą spółkę, i pan zaraz zobaczy swoje pieniądze. Gotowe. Daj pan rękę na zgodę.
— Mogę panu dać w pysk, parchu jeden! — krzyknął naraz z taką pasją, że Zug odskoczył.
— Złodziej! — syknął jeszcze Józio i wyleciał, niezmiernie wzburzony.
Ale w cukierni przy czarnej kawie ochłonął dosyć prędko i pamiętał tylko o jednem, że pieniędzy nie dostał, a wyjechać musi, reszta wywietrzała mu z głowy.
Spóźnił się na obiad, chociaż i tak przyjęli go radośnie, a Soczkowa zawołała:
— Czeka na pana niespodzianka!
Nim odpowiedział, wszedł Raciborski, wyświeżony, elegancki, pachnący, wyczerniony i z protekcjonalną uprzejmością witał się ze wszystkimi.
— Lokatorzy naszych lokatorów są naszymi lokatorami — wyrzekł Soczek, nalewając kieliszki.
Józio wiedział, że Raciborski umie się wszędzie wkręcić, więc się nie zdziwił, lecz tylko ze złośliwym uśmiechem obserwował, jak Soczkowie prześcigali się w uniżonych zabiegach koło niego. Imponował im, bo od pierwszej chwili zaczął nad