Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 218 —

nimi przewodzić, zachowując się z wielkopańską łaskawością i jakby we własnym domu.
Zgadało się coś o Buczku, i Józio przeczytał głośno jego list.
— Psia twarz, jakby z drukowanego! — wykrzyknął Soczek. — A mówili mi na linji, że nie umiał napisać porządnego raportu! Chyba, że mu ten list kto ułożył?
— Umiał pisywać śliczne listy, nawet wierszem! — Uśmiechnęła się bardzo domyślnie.
— Wielka mi sztuka! Miałem pisarczyka na folwarku, który pisywał do mojej kuzynki jeszcze lepsze, zupełnie jakby do druku; ale jakem skurczybykowi wytatarował skórę, to przestał, okradł mnie i uciekł do Ameryki! — opowiadał ze śmiechem Raciborski. Józio prawie się nie odzywał — i kiedy po obiedzie do czarnej kawy zaczęły zbyt gęsto krążyć kieliszki, wyniósł się cichaczem do mieszkania i poszedł spać.
Raciborski przyszedł dopiero o zmierzchu i w takim humorze, że go rozbudził, i rzucił mu się na szyję.
— Jeszcze raz panu dziękuję za mieszkanie, już sprowadziłem swoje graty! — Z dumą wskazał na strzelbę, torbę myśliwską i pudełko do kapelusza, spiętrzone na obwiązanej sznurami, prawiecznej skrzynce powozowej, stojącej pod ścianą. — Ale udali się panu ci Soczkowie, czy jak ich tam wabią. Frontowa baba! bucha od niej, jak z pieca; on głu-