Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ty, że patrzał na nią z coraz większem zdumieniem i odrazą — wydała mu się teraz ordynarna i wstrętna,
— Skąd pani wie takie rzeczy?
Nie mógł już znieść nawet jej głosu.
— Cóż ty sobie myślisz, że kobiety nawet nie wiedzą, gdzie białe raki zimują?
— Ależ to świństwo!
— Myślałam, że i ty lubisz wesołe kawały! Wszyscy je lubią… przecież takie śmieszne…
— To dobre dla kolejarzy i w szynku, ale nie dla kobiet.
— E, kiedy Józio taki niegrzeczny, to Zosia swoje gałganki pozbiera i pójdzie się bawić na inne podwórko! — zadąsała się, udając małą dziewczynkę.
— Pierwszy raz w życiu słyszę coś podobnego od kobiety!
— Kiedyś taki, to już naprawdę sobie pójdę!
Poczuła się nieco dotkniętą.
— To plugawe, obrzydliwe i wstrętne! — wybuchnął, nie mogąc się już pohamować.
— A Józio taki niedobry i taki niewdzięczny, że Zosi jest bardzo przykro, bardzo… Niech ją zato przeprosi, no prędko i mocno! — zaszczebiotała, okrywając go pocałunkami.
Tak wrogo spojrzał na nią, że odskoczyła od łóżka, narzuciła burnus na ramiona i stanęła przerażona, z zapartym tchem, a nie doczekawszy się ani słowa, padła mu na piersi z wesołym chicho-