Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i unoszą aż pod gwiazdy roztlałe w nieskończonościach.
— Czekałem na ciebie zawsze! Kochałem cię zawsze… Zawsze… zawsze! — wołał nieprzytomny. I tamtą wyśnioną miał w zgorączkowanych oczach, tamtą wielbił i tamtej oddawał się z takiem namiętnem uniesieniem, że Soczkowa, porwana siłą jego temperamentu, krzyczała w dzikiem, bezprzytomnem uniesieniu:
— Boże, ja umrę! ja oszaleję, ja się wścieknę!
— I tak tęskniłem za tobą, i tak cię kochałem!… — powtarzał zamierającym głosem.
— Kochałeś mnie! Kochałeś! Ja od pierwszego widzenia, pamiętasz? Nie mogłam potem sypiać… całe noce myślałam o tobie… Tak strasznie cię pragnęłam… aż nieraz darłam pazurami ściany… rozumiesz, ty smoku! ty ludojadzie, ty mój mężczyzno, ty mój djable najdroższy.
Szalała wśród nienasyconych pieszczot i pocałunków.
Ale Józio nieprędko usłyszał jej szepty i nierychło pojął, co się z nim dzieje. Dopiero, kiedy zapaliła lampę i ujrzał ją przy sobie, wtedy zrozumiał całą nędzę rzeczywistości. Jakiś gryzący wstyd ścisnął mu serce, ale jeszcze nie wiedział, czy więcej się wstydzi tego, co mu się tylko zdawało być, czy też tego, co się stało, co było…
Siadła przy nim na łóżku i, zaplatając swoje bujne włosy, paplała takie głupie i ohydne anegdo-