Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zdmuchnął światło. Napiła się wody i, przytuliwszy głowę do jego piersi, szepnęła:
— Tylko trochę odpocznę i zaraz sobie pójdę… zaraz… zaraz…
— Nie zaraz… nie, nie… zostaniesz… — mówił coraz ciszej, czując, że obejmują go nagie ramiona i jej gorące, rozpalone usta żarłocznie szukają jego ust.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Posępna, szara noc marcowa zaglądała oknami; niekiedy zadygotały ściany i zahuczał przelatujący pociąg, niekiedy głucho uderzył dzwon stacyjny i schrypnięte świsty maszyn przedzierały się przez szyby.
A w pokoju zalegało milczenie pełne wrzących szeptów, pocałunków, nieprzytomnych śmiechów i westchnień.
Józia ogarnął chaos i pogrążał jakby w odmęt cudownego szaleństwa; cały świat znikał mu z pamięci a równocześnie wszystko, za czem tęsknił i marzył, zaczynało się stawać jakąś półsenną rzeczywistością, jakąś jawą i urojeniem, czemś, co było widomem, a zgoła niepojętem, już mu się bowiem wydało, że jakiś pociąg unosi go z szaloną szybkością gdzieś daleko, daleko… a oto biała księżniczka spłynęła mu w ramiona i tuli głowę do jego piersi; że to jej wrzące szepty, jej ogniste pocałunki, jej uściski; że to jej płomienne ramiona go ogarniają