Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


fala smutku ogarnęła mu serce i zalewała żrącym, bolesnym warem.
— To musiało być strasznie ślicznie! — zaszczebiotała znowu panna Marychna. — Taka noc okropna, ogniska, zasypane pociągi, to straszne, jak mamcię kocham!
— Tak, to było strasznie ślicznie głupio! — mruknął jakby swoim własnym myślom.
Raciborski usiadł przy nim i, nachylając się, rzekł, wskazując na słońce:
— Jak Pana Boga kocham, ale dzisiaj już pachnie wiosną!
— Myślę, że prędzej koniakiem!
Odsunął się dosyć niechętnie, bo od szlachcica jechało, jakby z otwartej kufy; ale Raciborski się nie obraził, ale odparł z melancholijnem westchnieniem:
— Niestety, tylko piwem!
— Czemuż przynajmniej nie węgrzynem?
— Darowanemu koniowi w zęby nie zaglądają. A przytem ja tam nie przebieram, piję, co mi Bóg da i byle w dobrem towarzystwie.
— No i dużo, to grunt!
— A jak Pana Boga kocham, że wolę dziesięć kufli dobrego bawara, niźli butelczynę byle jakiego sikacza, już mam taką naturę. Ale, podałem wczoraj prośbę do senatu, za jakieś parę miesiączków musi się ostatecznie rozstrzygnąć.