Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 11 —

przez pana… tęsknią… a pan nic nie widzi… i zawsze tylko sam, z temi książkami…
Roześmiał się wesoło i rzekł, pochylając się ku niej.
— Ale zato dobrze wiem, co się dzieje na stacji. Wiem nawet, co wczoraj za szafami mówił do pani Adam… Wiem także, że była pani bez gorsetu…
— Także wymysł! Ci mężczyźni to gorsi — już nie wiem od czego! Plotkują tylko po biurach! — Zaperzyła się, ale, by zmienić niemiły temat, zawołała:
— Wie pan, pułkownikowa znowu wypytywała się o pana!
— Mało to ma w pułku oficerów!
— Ona podobno deńszczyków zmienia co miesiąc… nie może sobie dobrać…
Przyszło na wódkę dwóch maszynistów i Marychna znowu stanęła za bufetem. Józio popijał wyziębłą kawę i patrzył przez okno na pociąg towarowy, przesuwający się przez stację, niby długi wąż o białym, zaśnieżonym grzbiecie. Od bufetu roznosiły się strzępy rozmów i brzęk kieliszków.
— Naprawdę nie boi się pani sama w łóżeczku, naprawdę?…
— Bo pójdę sobie… jak mamę kocham… jeszcze kto usłyszy…
Za szafami znowu zawrzało, ktoś bił pięścią w stół i zapalczywie dowodził.
— A ja ci mówię, że szachrujesz. A ja ci mówię, że jak jeszcze raz mnie oszukasz, to ci buzię przenicuję na amarantową stronę!