Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gatunku!?... Bez etykietowania, panie Kotlicki. Precz z klasyfikacyą! Wy już nie umiecie nic, tylko gatunkować!
— Mistrzu, jesteś dyablo pewnym siebie.
— Dyletancie, jestem tylko świadomym.
— Psia twarz!... tyle waryactw w takim marnym futerale! — szeptał Glas, obmacując Głogowskiemu piersi.
— Geniusz nie siedzi w mięsie... Tłusty człowiek, to tylko tłuste bydlę. Dusza wyższa nie znosi tłuszczu. Zdrowy żołądek, normalność, to przeciętność, a przeciętność, to pastuchy.
— A takie paradoksy, to są tylko żytnią sieczką.
— Dla osiołków i innych inteligentników.
Dixi, bracie! Reńskie mówi przez twoje usta.
— Zacznijcie na nowo! — przerwał im Glas, chwytając obu za szyje.
— Jeśli pić, zgoda; jeśli mówić, idę spać! — wrzeszczał Kotlicki.
— Więc pijmy!
— Wawrzek, psia twarz! weź-no Mimi i jaką drugą bakalię i zrobimy mały chórek.
Zaśpiewali zaraz jakąś wesołą piosenkę; tylko Głogowski nie śpiewał, bo oparł się na Cabińskim i usnął w najlepsze, a Janka nie mogła wydobyć z siebie głosu.
Piosenka brzmiała coraz weselej, a Janka czuła, że ją chwyta nieprzeparta senność, że się chwieje na krześle, a później, że ją ktoś podtrzymuje, okrywa, prowadzi... jedzie jakby doróżką.
Czuje przy sobie coś, z czego nie może zdać sobie sprawy, jakiś gorący oddech ją owiewa, jakieś ręce ją obejmują; słyszy turkot kół i jakiś głos szepcący...